niedziela, 8 lutego 2015

II

Budzik. Przeklęty wynalazek ludzkości.
Powoli wygramoliłam się z łóżka, które w głębi krzyczało tak jak ja: „zostań ze mną! Nie niszcz tego związku”.  Związku…  Nie ważne. Mam wiele rzeczy do załatwienia tego ranka. 
Szybko wskoczyłam w ciemnogranatowe rurki i dość luźny biały t-shirt z jakimś nadrukiem. Nie chciałam się rzucać w oczy. To była jedyna rzecz, która miała pozostać niezmienna od czasów szkolnych w Nashville.  Wychodząc z pokoju wstąpiłam do łazienki , gdzie musnęłam moją twarz małą ilością pudru i wytuszowałam i tak długie rzęsy. Jasnobrązowe kosmyki włosów lekko falowały, więc przeczesałam je delikatnie grzebieniem i pozwoliłam opaść na plecy niemal całe je zakrywając. Było dość wcześnie, a ja mimo to znów odmówiłam babci zjedzenia śniadania.  Zobaczyłam grymas niezadowolenia na jej twarzy, ale jednak postawiłam na swoim.
-Pamiętasz,  że miałam walczyć o swoje?- rzuciłam, a babcia znów zmarszczyła brwi.- Przecież i tak wiesz, że do tej pory wszystkie twoje kanapki  zbierał pod stołem Leon.- posmutniałam, gdy przypomniałam sobie czarnego kundla, który pożegnał się ze światem pół roku temu.
-Ale nie pozwolę ci robić ze swoim zdrowiem co tylko ze chcesz.- podeszła do mnie i niemal siłą wepchnęła do mi do buzi kanapkę.
-Muszę lecieć!- krzyknęłam, gdy tylko babcia odwróciła się do mnie plecami. Złapałam za plecak, włożyłam białe trampki i wybiegłam na ulicę przełykając resztki kanapki.
Droga zajęła mi jakieś 30 minut. Nie spieszyłam się. Nie wydarzyło się także nic co mnie opóźniło. Żadnych przystojnych sąsiadów, którzy zatrzymaliby się przede mną oferując podwózkę, żadnych przyjaznych dziewczyn proponujących mi pomoc w orientacji po mieście i szkole. Zupełnie nic. To mi pasowało. Wiedziałam, gdzie mam iść i stawiałam pewnie kroki słuchając ulubionej muzyki. Jednak, gdy znalazłam się kilka metrów od wejścia, gdzie roiło się od nastolatków, moja pewność siebie uleciała i mogłam jej jedynie pomachać na pożegnanie. Złapałam za szelki plecaka zachowując się trochę jak przedszkolak i ruszyłam niepewnie przed siebie. Mam swoje zasady. Cholera, nawet ich nie zapisałam! Czułam jak powoli ogarnia mnie zdenerwowanie. Gdy już miałam sięgać po klamkę, jakiś chłopak zrobił to przede mną i wpuścił mnie pierwszą. Słyszałam jeszcze jak wymruczał „ładna” do swojego kumpla. To naprawdę miłe.
W środku roiło się od ludzi. Niestety. Nawet nie sądziłam, że ktoś podejdzie do mnie i zapyta, czy  nie wskazać mi drogi. To nie ta opowieść. Postanowiłam przełamać się pierwsza i podejść do osoby, która wyglądała dość sympatycznie. Chociaż nie raz przejechałam się na pozorach, teraz musiałam zaryzykować, że nie spotkam dwulicowej zołzy.
-H-hej.- zaczęłam nie pewnie delikatnie klepiąc niską czarnowłosą dziewczynę w ramię. – Mogłabyś mi pomóc?
-Cześć! Spoko, w czym problem?- pokazałam jej zmiętą kartkę papieru z moim planem lekcji i zapytałam o salę, której numer znalazł się w pierwszej rubryce.- Ok, musisz wejść na pierwsze piętro, potem na lewo. To będą trzecie drzwi z kolei.- dodała po krótkim zastanowieniu i nawet nie zauważyłam kiedy zniknęła w tłumie. Nie miałam szans nawet jej podziękować.
Zrozumiałam, że jednak nie mam tego wielkiego szczęścia, że owa osoba okaże się być moją koleżanką z klasy i bezpiecznie eskortuje mnie pod same drzwi. Wykonałam jej wszystkie instrukcje i 5 minut przed dzwonkiem spokojnie oczekiwałam na pojawienie się nauczyciela. Monitorowałam ruchy ludzi mijających mnie. Patrzyli na mnie jak na całkiem nową zabawkę w ich sklepiku. Czułam się zażenowana i utkwiłam wzrok w komórce przeglądając bez sensu skrzynkę odbiorczą, by zająć czymś myśli. Na szczęście niedługo później pojawiła się dość niska kobieta trzymająca w ręce plik książek. Po otwarciu sali zajęłam jedno z wolnych miejsc ciesząc się, że moją sąsiadką jest dziewczyna. Wyglądała na dość skrytą i od razu przypadła mi do gustu. Czym prędzej podałam jej rękę przedstawiając się z szczerym uśmiechem na ustach. Teraz zamierzałam tylko tak to robić. Z własnej woli.
-Cześć. Ellie, miło mi.- odpowiedziała miłym głosem. – Od dawna jesteś w Atlancie?
-Hmm… może minął tydzień.
-Świeża sprawa.- dostrzegłam uśmiech na jej okrągłej twarzy, na którą od czasu do czasu spadały blond loki.- Jak ci się tu podoba? Jak szkoła? Chłopaki?
Rozchyliłam lekko usta słysząc ostatnią część jej pytania. Dziewczyna zaśmiała się cicho i skinęła na mnie bym przysunęła się do niej.
-Za nami siedzi Luke i James. Podsłuchują dosłownie wszystkich. Nie przestrasz się, ale na pewno mówią o tobie.
No dobra, miałam być twarda. Chyba coś zaczęło mi rujnować ten plan. Od kilku minut żyłam świadomością, że dla dwóch dość przystojnych chłopców, jak mówiła Ellie,  stałam się tematem nr 1 do rozmów. 
W ciągu reszty czasu w szkole, nie zdarzyło się nic bardziej stresującego. Nauczycielka dość szybko przedstawiła mnie klasie i w duszy podziękowałam jej, że nie musiałam wychodzić na środek pomieszczenia i wygłaszać monolog na temat mojej osoby.
-Wiesz co Ellie? Wrócę sama.- zwróciłam się do blondynki, gdy mijałam bramę po zakończeniu lekcji.- Chcę jeszcze gdzieś wstąpić. Dziękuję za dzisiaj.
-Nie ma za co. Bardzo miło było mi cię poznać. Do zobaczenia jutro!
Ruszyłam dość szybkim krokiem chcąc znaleźć się jak najdalej od tamtego miejsca. Co prawda nie było tak źle, jednak sama świadomość, że to szkoła kazała mi się jak najszybciej ulotnić. Wracając pomyślałam o tym co powiedziała mi wczoraj babcia. Zasady! No tak! Nie chciałam odkładać tego na później. Coś kazało mi spróbować, chociaż wiedziałam, że to wcale nie będzie takie łatwe. Postanowiłam wejść do knajpki w centrum miasta. Wybór był całkowicie przypadkowy, a już po zrobieniu pierwszego kroku zobaczyłam dość pełny lokal z barem pośrodku. Czym prędzej podeszłam do barmana usadawiając się na wysokim krześle.
-Mogę poprosić sok pomarańczowy?- zapytałam chłopaka po dwudziestce czyszczącego szklanki.
-Oczywiście księżniczko.- odparł, a mnie mimowolnie oblał delikatny rumieniec. Nikt wcześniej tak do mnie nie mówił. Chłopak wrócił po chwili przynosząc mi zamówienie.- Proszę bardzo.
-Dzięki.
Siedziałam przez chwilę w milczeniu pociągając lekko słomkę i delektując się słodkim napojem. Byłam naprawdę głupia, gdy się tak zarumieniłam. Poza tym z pewnością mówi to każdej klientce. Nagle usłyszałam głośny wybuch śmiechu i odruchowo obróciłam się na krześle. Zobaczyłam siedzących w kącie chłopaków opróżniających piwo po piwie. Znów, nie kontrolując swojej twarzy uśmiechnęłam się serdecznie. Może po prostu chciałam być miła?
-Znasz ich?- zapytał nagle barman, na co pokręciłam przecząco głową.- To lepiej tam nawet nie patrz, szkoda tej ślicznej  buźki.
Słowa chłopaka trochę mnie przeraziły, że zamarłam wpatrując się w czarny blat. Bałam się odwrócić. Ton głosu barmana był przekonywująco poważny jednak ja, a raczej moja ciekawość wzięła górę. Odwróciłam się delikatnie muskając podbródkiem o swoje ramię. Dostrzegłam tam znajomą twarz. To ten chłopak, który podniósł babci torebkę. Uspokoiłam się sądząc, że ten koleś jednak ma jakieś sumienie więc nie  mam się czego bać. Zadowolona zwróciłam się znów w stronę baru i wypiłam resztki soku. Chwyciłam za plecak i wydarłam kartkę z jednego z przypadkowych zeszytów. Wkrótce w mojej dłoni znalazł się także długopis, którym  chwilę potem napisałam nagłówek: „Moje zasady”.
-Nie posłuchałaś… Ale teraz jeśli nie chcesz mieć problemów nie reaguj za wszelką cenę.- barman znów się nade mną nachylił.- Zaufaj mi.
Po chwili usłyszałam siarczyste przekleństwa i odgłosy przepychanki. Siedziałam jak zamurowana żałując, że wcześniej nie posłuchałam pracownika lokalu. Jestem skończoną idiotką jeśli myślałam, że tutaj spotkam wyłącznie potulnych jak baranki ludzi gotowych w każdym momencie rzucić wszystko i wybawić mnie z opresji. Idiotyzm. 
 Na szczęście po kilku minutach wszystko wróciło do normy. Znów słyszałam śmiechy i kolejne zamówienia. Spojrzałam jeszcze raz na pustą kartkę i postanowiłam wreszcie się skupić. Zdjęłam z ręki czarną gumkę, związałam włosy w dość wysoki niesforny kucyk, by było mi wygodnie. Numerowałam kolejne linijki, gdy usłyszałam cichy pisk krzesełka obok. Skupiona na swoim zadaniu nawet nie oderwałam oczu od kartki.
-Twój własny mini-dekalog?- męski głos zwrócił się w moim kierunku.
-Coś w tym stylu.- odparłam, wciąż darząc zainteresowaniem tylko przedmiot przede mną.- Zasady, które pozwolą mi przetrwać i równocześnie pozostać sobą.
-Mogę się założyć, że odkąd mnie poznałaś złamiesz każdą z nich.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz